Tagi
Archiwa
- Maj 2012 (6)
- Kwiecień 2012 (15)
- Marzec 2012 (25)
- Luty 2012 (16)
- Styczeń 2012 (36)
- Grudzień 2011 (31)
- Listopad 2011 (3)
Pierwszego dnia festiwalu, oprócz normalnego setu, zagrają też koncert akustyczny.
Teledysk z najnowszej płyty Killing Joke „MMXII”.
Jeden z najpopularniejszych numerów, tego niezwykłego, avant-jazzowego kwartetu z Niemiec.
Rzućcie okiem na oficlajny trailer Asymmetry Festival 4.0.
Co powiecie na zwiedzanie Browaru Mieszczańskiego razem z bohaterami filmu?
Oficjalny klip „The Ocean” z albumu „Heliocentric”.
Poznałem w życiu ledwie kilku Włochów, którzy mieli gdzieś futbol. Antonio Zitarelli i Luca T. Mai z wyjątkowego zespołu Mombu zaliczają się do grona tych niewielu niezainteresowanych piłką nożną. Więcej, nienawidzących jej! Zamiast oglądać mecze i śledzić tabele, duet koncentruje się na tworzeniu niezwykle spontanicznej i energetycznej muzyki. Wyobraźcie sobie również, że Luca i Antonio bardzo interesują się… gotowaniem!
Luca T. Mai to saksofonista znany z włoskiej grupy Zu. Perkusyjne umiejętności Antonia mogliśmy podziwiać choćby we włoskim zespole Neo. Panowie połączyli siły pod szyldem Mombu, w duecie tworząc wyjątkową muzyczną miksturę, poprzez zmieszanie rytmów afrykańskich z jazzem. Rezultat to coś mistycznego, niepokojącego, angażującego, mówiąc pokrótce. Oglądanie koncertów zespołu to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. A Luca i Antonio to wyluzowani, weseli panowie, którzy chętnie rozmawiają z fanami. Cieszymy się, że grupa Mombu zgodziła się zagrać na czwartej edycji Asymmetry Festival. Oto, co sympatyczni Włosi mieli nam do powiedzenia na kilka tygodni przed koncertem w Polsce.
Na wstępie muszę powiedzieć, że stworzony przez was teaser Asymmetry Festivalu jest fantastyczny! Pokazuje, że macie znakomite poczucie humoru. Może więc na początek powiecie mi, co was śmieszy? Jaki humor lubicie najbardziej?
ANTONIO ZITARELLI (AZ): Jeśli o mnie chodzi, to poza filmami artystycznymi włoskie kino nie ma na mnie żadnego wpływu. Zwłaszcza filmy o tak zwanych zwykłych ludziach, które kładą nacisk na nijaką stronę życia. Najbardziej mnie fascynuje i śmieszy język włoski, ten cyniczny i również niecyniczny.
LUCA T.MAI (LTM): Ja lubię bezlitosną satyrę, czarny humor oraz komedie z lat 60. i 70. Lubię też oglądać filmy ze Stevenem Segalem. To, co starają się w nich pokazać jako śmiertelnie poważne, jest zamiast tego niewyobrażalnie idiotyczne i śmieszne.
Połączenie free jazzu z muzyki afrykańskiej jest czymś, co dzięki wam usłyszałem po raz pierwszy. Ponieważ Mombu to dość nowy zespół, powiedzcie proszę, jak to się stało, że postanowiliście pracować razem, w takiej formule?
AZ: Mombu zaczął tak naprawdę powstawać, gdy zespoły, w których graliśmy, w zasadzie zaprzestały działalności. Pomysł zrodził się z naszych dążeń do zmiksowania współczesnych muzycznych form, które dość dobrze poznaliśmy, bez zaniedbywania, a w zasadzie ze zwiększonym naciskiem na muzykę afrykańską, która dała początek wszystkim gatunkom. To, co wspólnie stworzyliśmy sami lubimy określać jako afrogrind / afrometal / voodoom. Zanim zaczęliśmy pracować w Mombu, przez wiele lat rozmawialiśmy ze sobą, wymienialiśmy uwagi na temat różnych postaci muzyki afrykańskiej, każdy eksplorował je we własnym zakresie. Zastanawialiśmy się nad tym, jak sprawić, aby nasze instrumenty brzmiały afrykańsko i jednocześnie metalowo.
W jakim stopniu muzyka Mombu to improwizacja, a w jakim starannie zaplanowana kompozycja? Innymi słowy, macie jakąś określoną metodę pracy?
LTM: W Mombu bardzo dużo jest improwizacji, ale, podobnie jak w muzyce afrykańskiej, jest ona ograniczona przez dość dokładne, powtarzające się rytmy w obrębie kompozycji. Powiedzmy, że wolność w muzyce istnieje między innymi dzięki wyraźnym zasadom.
Afrykański pierwiastek jest mocno słyszalny w waszej muzyce. Powiedzcie mi, jak to się stało, że zainteresowaliście się muzyką z tego kontynentu i jacy afrykańscy artyści was inspirowali?
LTM: Zainteresowanie muzyką afrykańską ma różną historię u każdego z nas. Ale obaj zafascynowaliśmy się tym, co tworzył Fela Kuti, czyli afrobeatem… Aczkolwiek tak naprawdę interesowała nad nie jego muzyka, lecz to, że był poligamistą!
Włochy na pewno nie kojarzą się z voodoo, prędzej z kościołem katolickim, skorumpowanymi politykami, mafiosami, futbolem, Watykanem. Jak to się stało, że dwaj bluźnierczy Włosi zafascynowali się voodoo? Czy dlatego, że ogólnie interesują was kulty i religie? A może z powodu książek i filmów o tematyce voodoo?
AZ: Źródłem wszystkich religii jest szamanizm, a rozróżnienie dotyczące pierwiastka duchowego i duchów pojawiło się później. Bazując na szamanizmie, rozmaite religie stworzyły sobie różne rytuały. Zauważyłem, że w czasach starożytnego Rzymu, jeszcze przed greckim politeizmem, istniało coś takiego, jak lari, które można porównać do znanego z haitańskiego voodoo loa, czyli duchów. Obrzędy dionizyjskie tak naprawdę niewiele się różnią od rytuałów voodoo. Różnica polega na tym, że w sformalizowanych religiach Zachodu i Bliskiego Wschodu jest wyraźnie zaznaczona nienawiść rasowa i supremacja jednych nad drugimi. Cywilizacja śródziemnomorska, opierająca się na synkretyzmie, wymieszaniu ras i kultur, została praktycznie unicestwiona. Dla nas muzyka, która nie ma przecież fizycznej formy, jest dobrym łącznikiem między kulturami i duchowością. Ale bez jednego nie byłoby drugiego. Chciałem jeszcze tylko dodać, że afrykański termin „vodun” oznacza ducha.
Skoro już wspomniałem o filmach, czy są takie obrazy nawiązujące do voodoo, które zrobiły na was wrażenie i były inspirujące?
AZ: Najbardziej interesujący, jaki przychodzi mi do głowy, to film Alana Parkera „Harry Angel”.
Nazwa zespołu ma związek z kultem voodoo. Jak należy ją interpretować? Co dokładnie oznacza słowo „mombu” i dlaczego zdecydowaliście się go użyć?
LTM: Mombu to w kulcie voodoo duch, czyli loa, ujawniający się podczas deszczów. Każdą naszą kompozycję wymyśliliśmy spotykając się w sali prób codziennie przez dwa miesiące, kiedy na zewnątrz cały czas lało. Choć czasami deszcz ustawał po kilku minutach. Spodobało nam się to słowo i jego znaczenie, wygląda na to, że było nam pisane od samego początku.
Wiem, że słuchacie bardzo różnej muzyki. Możecie mi polecić coś, co ostatnio zrobiło na was wrażenie?
AZ: Polecam ci płytę „Koloss” Meshuggah, bębny voodoo, Alfę Romeo 75 Turbo America oraz dużo ciszy.
Obaj pochodzicie z Rzymu, więc Lazio, czy AS Roma? I drugie pytanie związane ze sportem, jak waszym zdaniem wypadnie reprezentacja Włoch podczas Euro 2012? Myślicie, że mają szansę wygrać?
AZ, LTM: Wybacz, ale w ogóle nas nie interesuje włoska piłka! Nienawidzimy jej, a w szczególności tego, co się z nią wiąże: menedżerów, prawników, prezesów klubów, sponsorów, fanów, piłkarzy. Nienawidzimy kibiców obu rzymskich klubów. Gdybyś zapytał któregoś z nich, gdzie jest Koloseum, nie umiałby odpowiedzieć. Ale gdybyś zapytał o statystyki dotyczące jego drużyny, wyrecytowałby ci wszystko. Nasi piłkarze są niczym gwiazdy z mózgami wielkości orzeszka.
Poza futbolem, modą, Alpami, pięknymi krajobrazami i miejscowościami wypoczynkowymi nad morzem, Włochy słyną ze znakomitej kuchni. Powiedzcie mi w takim razie, jakie jest wasze ulubione danie i czy sami lubicie gotować?
AZ: Jesteśmy znakomitymi kucharzami! Jeżeli zespół nie odniesie sukcesu, naszym planem B jest otwarcie restauracji. Tak więc, na następną edycję Asymmetry będziecie mogli zamówić u nas catering!
Zostawiam wam ostatnie słowo. Zaproście fanów na koncert Mombu na Asymmetry Festivalu 4 maja.
AZ: Zanim w grudniu 2012 roku nastąpi koniec świata, przyjdźcie na nasz koncert i zaopatrzcie się w koniecznie przeciwciała, dzięki którym przetrwacie. Dostaniecie je od nas za darmo w formie muzycznej. Wszystko w cenie wejściówki na to Asymmetry Festival!
Bardzo wam dziękuję za poświęcony czas.
Wizualizacje jej autorstwa podziwiać będziemy mogli w trakcie Asymmetry Festival 4.0. Before Party, z udziałem Limewax, Bong-Ra, Thrasher i Rekombinacji.
W sieci: www.agnespies.blogspot.com
Gatunek: eksperymentalny rap
Przygodę z muzyką zaczął od raperskich bitew jako piętnastolatek. Widać to po dziś dzień, w trakcie występów na żywo, gdy jego freestyle’owe teksty budowane są w oparciu o tematy wybrane przez publikę. Pomimo silnych korzeni hip-hopowych, jego styl jest ciężki do sklasyfikowania. Podobnie jest w przypadku jego ostatniego – tym razem mocno autobiograficznego – albumu „This Is Our Science”, na którym wykorzystuje swoje nieograniczone podejście do dźwięków, mieszając razem indie rock, electro i melorecytowany blues. To wydawnictwo pełne niespodziewanych zwrotów akcji, przy którym nigdy nie wiadomo, co nastąpi za chwilę. Jedyne co nam pozostaje, to dać się ponieść tej opowieści. W jego ralizacji brały udział takie znane nazwiska jak: Tegan Quin (Tegan & Sara), Radical Face, (Electric President), Cecil Otter (Wugazi) czy też Lazerbeak (Doomtree).
W sieci: www.astronautalis.com
Gatunek: eksperymentalny rap
Jacques Bruna, znany jako Bleubird, w trakcie swoich podróży przez Florydę, Montreal i Berlin, stał się częścią każdej ze społeczności, które tam poznał. W swojej nomadycznej karierze, niejednokrotnie dzielił scenę z tak odmiennymi od jego twórczości artystami jak: Deerhoof, Battles, Amon Tobin, Otto Von Schirach, Dalek, Lightning Bolt, Anti Pop Consortium oraz Xiu Xiu. Co jednak najistotniejsze, jego kipiąca humorem muzyka, stanowi tylko swego rodzaju przykrywkę. „Są rzeczy, które mnie przerażają, stąd taki a nie inny klimat moich tekstów” – mówi Jacques.
W sieci: www.bleubird.org
Gatunek: breakcore, jungle
Dobrze znany widowni Asymmetry, breakcorowiec z Holandii. Jego występom zawsze towarzyszy ciężar i sporo niespodzianek. Wydawał pod szyldami takich uznanych labeli, jak Ad Noiseam, Planet Mu, czy też Peace Off. Styl Jasona Kohnena stanowi wypadkową metalu, jungle, jazzu i rave. W swoich muzycznych zainteresowaniach nie ogranicza się jedynie do elektroniki – jest członkiem cenionej grupy Kilimanjaro Darkjazz Ensamble, poruszającej się w stylistyce określanej jako darkjazz.
W sieci: www.bong-ra.bandcamp.com
Gatunek: drum’n'bass, dubstep
Zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej charakterystycznych producentów/dj-ów w Polsce. Pochodzący z Wrocławia artysta na swoim koncie ma niezliczone ilości wydawnictw dla takich labeli, jak Ad Noiseam, Dubsaw, Black Hoe czy Betamorph. Jego twórczość, to przede wszystkim dubstep oraz drum’n’bass, a jak sam o sobie mówi: „w starciu z naturalnym wrogiem – ciszą, jest bezlitosnym, dźwiękowym oprawcą używającym ciężkiej artylerii basowej”.
W sieci: www.soundcloud.com/brainpain | www.facebook.com/BRAINPAIN.MUSIC
Gatunek: dubstep, jungle, drum’n’bass
Clicker, to pochodzący z Wrocławia dj/producent, współtwórca kolektywu Free Mind Section. W swoim dorobku ma niezliczoną ilość zagranych imprez w całej Polsce, a jego upodobania muzyczne oscylują między ciężkim dubstepem, jungle, a drum’n’bassem. Każdy jego występ to dawka pozytywnej energii i świetnych dźwięków.
W sieci: www.soundcloud.com/clickermusic
Filip Zawada i Krzysztof Solarewicz, są autorami zdjęć do wystawy „Asymmetry”, która na początku marca zawisła przy ul. Świdnickiej. Obaj prowadzą zajęcia z fotografii w Ośrodku Postaw Twórczych.
KOMA Elektronik zajmuje się projektowaniem innowacyjnych efektów analogowych dla muzyków i producentów muzycznych. Osoby tworzące tą firmę, również wywodzą się z takich środowisk, dlatego ich nadrzędnym celem od samego początku było produkowanie urządzeń, których sami używaliby na scenie lub w studio, lecz których nie sposób było znaleźć w sklepach. Z ich oferty korzystają muzycy Mogwai, Locust, Serena Maneesh czy też Niell Petter Molvaer Band.
„Muzyka otacza nas przez cały czas, a dzięki rozwojowi nowych technologii praktycznie każdy, kiedy tylko zechce może stworzyć dowolny dźwięk, melodię czy utwór. I to jest okej. Naszym celem jest dostarczenie jedynie zabawy w graniu poprzez konstruowanie naszych urządzeń, dających Wam, muzykom, ogromne możliwości tworzenia i przekształcania dźwięku. Chcemy, abyście grali dźwięki, które dosłownie słyszycie w Waszych głowach. Chcemy, aby Wasza muzyka była jeszcze głośniejsza, jeszcze bardziej hałaśliwa i zwariowana!”
KOMA Showcase:
Scena Klubowa // 3rd May 2012 // 18.30 – 20.50
18.30 – 18.45 – prezentacja firmy (Wouter Jaspers)
18.45 – 19.15 – testowanie sprzętu przez publiczność i zaproszonych artystów
19.15 – 19.45 – demonstracja efektów (Wouter Jaspers, Christian Zollner)
19.45 – 20.50 – testowanie sprzętu przez publiczność i zaproszonych artystów
W sieci: www.koma-elektronik.com
Gatunek: darkstep, drum’n'bass
Maxim Anokhin, jest młodym ukraińskim producentem drum’n’bassowym i hardstepowym. W wieku 11 lat przeniósł się ze swojej rodzinnej miejscowości Kamieniec Podolski, do Tilburga w Holandii, gdzie zaczął tworzyć muzykę. Swoją pierwszą EPkę „Changing Crisis” wydał w 2005 roku, szybko zyskując popularność w połączeniu z występami na Therapy Session – serii światowych imprez z muzyką drum’n’bassową. Brzmienie Limewaxa jest bardzo rozpoznawalne, za sprawą charakterystycznych bębnów.
W sieci: www.myspace.com/limewax
Uroczy wariat, ekscentryk. Osobnik błyskotliwie inteligentny i wybitny artysta. Nie używa komputera, jeśli nie jest to absolutnie konieczne, nie ma telefonu komórkowego, pogardza gadżetami typu iPhone. Tak wygląda skrócona wizytówka Jaza Colemana, wokalisty, kompozytora, dyrygenta, głównej postaci grupy Killing Joke, gwiazdy Asymmetry Festival.
Rozmowa z Jazem to zawsze interesujące doświadczenie. Z jednej strony jest wesoły, konkretny, gdy mówi o muzyce. Lekko nostalgiczny, kiedy wypływają kwestie rodzinne. Zaś gdy tematem są sprawy społeczne, polityczne, ekologiczne, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z charyzmatycznym, lewicowo zorientowanym aktywistą, nieunikającym spiskowych teorii. Na każdy temat mówi z pasją i zaangażowaniem. Z niezmienną sympatią wyraża się o krajach Europy Wschodniej, w których wielokrotnie bywał, jeszcze w czasach zimnej wojny. Wraz z Killing Joke Jaz Coleman ponownie zawita do Polski. 5 maja zagrają w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu koncert w ramach Asymmetry Festival. Muzycy będą promować wydany kilka tygodni wcześniej znakomity krążek „MMXII” (2012). Teksty i cała książeczka albumu są kopalniami przeróżnych tematów. Choćby końca świata, który ma nastąpić w grudniu 2012. Od tego zaczęła się rozmowa z Jazem Colemanem.
Nowa płyta ma tytuł „MMXII”, który odnosi się do przepowiedni związanych z końcem świata, który ma nastąpić w grudniu tego roku. Chciałem cię zapytać, jak odnosisz się do takich przepowiedni? Przykładasz do nich wagę, czy też nie zwracasz uwagi?
JAZ COLEMAN: Moim zdaniem, głupotą byłoby je lekceważyć, skoro tyle pierwotnych kultur podnosiło ten temat. Oczywiście nie można przykładać wielkiej wagi, co do dokładności takich przepowiedni, lecz jestem zdania, że ludzkość czeka wielka, wielka zmiana. Czy ona nastąpi w 2012, 2013 roku, 21, czy 22 grudnia, tego nie wiadomo. Wiem jednak, że coś się stanie i to na ogromną skalę. I wcale nie uważam, że to będzie złe. Pomyśl, korporacje zajmujące się handlem ropą naftową na pewno nie zaprzestaną działalności. Cały czas będą wiercić w nowych miejscach, aby ją znaleźć. Ludzie nie przestaną też budować elektrowni atomowych, pomimo tego, co stało się w Czarnobylu i w Fukushimie. Wciąż będzie istnieć to pasożytowanie na życiu innych ludzi. Musi nastąpić coś, co ten pęd zatrzyma. I tego zatrzymania nie uważam za coś złego. Zaznaczam jednak, że nie sądzę, aby nastąpiła eksterminacja różnych form życia na wielką skalę. Po co w ogóle myśleć o czymś tak drastycznym?! Lecz wielka zmiana nastąpi. Musi nastąpić. Mam nadzieję, że ten, nazwijmy go, kataklizm, pochłonie również wszystkie banki centralne i tych chciwych ludzi, którzy za nimi stoją.
Wiem, że praca nad każdym albumem Killing Joke to kreatywny chaos. Przyznawałeś to niejednokrotnie.
To prawda.
Jak opisałbyś różnicę w chaosie, który towarzyszył powstaniu znakomitego „MMXII” a tym, który panował na przykład podczas prac nad „Absolute Dissent”?
Ciekawe pytanie… Cóż, pracując przy „Absolute Dissent” po prostu zamknęliśmy się w studiu nagraniowym na dwa tygodnie. „MMXII” powstawał w różnych miejscach i w różnym czasie. Lecz podobieństw w chaosie było wiele. Wchodziliśmy do studia nie mając niczego napisanego ani pomysłu na cokolwiek. Nie było, rzecz jasna, tekstów. Pracowaliśmy tak szybko, że gdy już skończyliśmy i maksymalnie wykończony wróciłem do domu, nie miałem zielonego pojęcia, co my w zasadzie nagraliśmy. Przyznam ci się, że nie usłyszałem ani jednego numeru z „MMXII” aż do końca stycznia 2012. Nie chciałem tego robić, bo bałem się, że stworzyliśmy jeden wielki bałagan, który nie trzyma się kupy. Dopiero, gdy Mike Coles, facet, który odpowiada za oprawę graficzną, a także Youth (Martin Glover, basista – red.) zapewnili mnie, że materiał jest świetny, zebrałem się na odwagę i posłuchałem płyty. I od tamtej pory nie mogę przestać jej słuchać. Jest na niej tyle kapitalnych piosenek, które kocham. Choćby „Primobile”, która opowiada o relacjach między muzykami Killing Joke w taki zabawny sposób. Uwielbiam „In Cythera”. Nie mogę przestać słuchać tego kawałka. Budzi we mnie tyle emocji. Więcej niż przed laty „Love Like Blood”. To naprawdę rzadko się zdarza, żeby na albumie Killing Joke znalazło się aż tyle tak emocjonalnych piosenek. Wyraziłem na tej płycie wiele emocji, których nigdy wcześniej nie wyrażałem.
Muzycznie „MMXII” to dla mnie najmocniejsza płyta Killing Joke od czasów „Extremities…”, „Pandemonium”, „Democracy”. Zaś pod względem tekstów, to jakby starannie przygotowany przez ciebie wykład o ludzkości, sztuce, wierzeniach, śmierci, inwigilowaniu przez rządy, katastrofach, które czekają naszą planetę. Pod większością tekstów zamieściłeś linki do stron, które mają poszerzyć wiedzę słuchacza…
Tak, tym razem zrobiłem coś takiego, choć chyba każdy wie, że prawie w ogóle nie korzystam z komputera.
I podobno również nie używasz telefonu komórkowego?
To prawda. Zrobiłem to po to, aby każdy ze słuchaczy mógł przeprowadzić swego rodzaju prywatne śledztwo. Jak ja, gdy szukałem informacji na YouTubie o obozach, jakie FEMA planuje tworzyć (FEMA to amerykańska Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego – red.). Urodziłem się, gdy jeszcze dość świeże w społeczeństwie było doświadczenie drugiej wojny światowej, a mój ojciec miał okazję widzieć w Niemczech obozy koncentracyjne. Kiedy słyszę o pomysłach Halliburtona, i innych wielkich korporacji, zbudowania iluś tysięcy obozów koncentracyjnych, muszę czuć się zaniepokojony. To przecież uderzy w zwykłych obywateli, cywilów. Uważam, że ludzie powinni szukać informacji na ten temat, być świadomymi tego, co może ich spotkać. Gdzieś po drodze wszyscy zapomnieli, że to rządy powinny służyć ludziom, nie na odwrót. Jeśli nie będziemy szukać, jeśli nie będzie ciągłej debaty o takich sprawach, wciąż będziemy manipulowani przez władze.
Kiedyś był podział na wolny Zachód i kraje za żelazną kutyną. Było imperium zła, czyli ZSRR. Dziś mamy Koreę Północną, Kubę. Chiny są liberalne ekonomicznie, lecz jeśli chodzi o kwestie społeczne, polityczne, różnie z tym bywa. Czy twoim zdaniem coś zmieniłoby się w traktowaniu ludzi na świecie, gdyby wszystkie istniejące dyktatury stały się kiedyś w pełni demokratycznymi państwami?
To na pewno ciekawa kwestia do rozpatrzenia. Ale zauważ jedną rzecz, więcej strachu w ludziach można dostrzec w takich krajach, jak Stany Zjednoczone, które przecież uważane są za demokratyczne państwo. Mniej tego jest na przykład w Indiach. Chiny to zupełnie inny, dość trudny do zanalizowania przykład. Ameryka już straciła swój autorytet moralny. Ludzie tam boją się mówić to, co naprawdę myślą. Tam przecież FBI zamierza traktować wszystkich, którzy w jakiś sposób byli będą twierdzić, że czynniki rządowe były zaangażowane w zamachy z 11 września 2001, jako terrorystów. Oznacza to mniej więcej tyle, że ktokolwiek spróbuje w jakiś inny sposób od przyjętego, tłumaczyć to, co się stało, jest terrorystą. Administracja Obamy nie wyraża zgody, aby tacy ludzie organizowali manifestacje.
Cały Zachód stracił autorytet moralny. Spójrz na minionych 10 lat. Na sprawę rzekomego posiadania broni masowego rażenia przez Irak. Wiadomo, że jej nie było, ale wojna nastąpiła. Więziono i torturowano ludzi, przywożono ich do Ameryki i zamykano w więzieniach. Przecież były w to zamieszane rządy państw. Także brytyjski i polski. Cieszę się, że mogę mówić o takich sprawach w naszej rozmowie. Wierzę, że dzięki temu, iż zostanie opublikowana, ludzie zwrócą uwagę na pewne sprawy, będą o nich rozmawiać i dzięki temu będzie można w przyszłości uniknąć wielu strasznych doświadczeń.
W książeczce do płyty można znaleźć niemało informacji na temat muzyków Killing Joke. Na przykład miejsca, które są dla ciebie ważne. Wymieniłeś Auckland w Nowej Zelandii, Pragę w Czechach, Szwajcarię, Grecję. Jak się zmieniasz w zależności od miejsca i jakie uczucia one w tobie wywołują?
Do Nowej Zelandii wyemigrowałem w latach 90. Ten kraj obudził we mnie wiele emocji. Nie wiem, czy kiedykolwiek miałeś okazję lecieć tam samolotem, ale zawsze, gdy zbliża się on do lądowania, wszyscy pasażerowie jak jeden mąż patrzą przez okna, aby objąć ten kraj wzrokiem. Byłem w wielu państwach, ale żadne nie wywoływało u mnie tylu emocji. Gdy muszę wyjeżdżać z Nowej Zelandii, a to jest naprawdę duża sprawa, bo ten kraj leży tak strasznie daleko, pierwsza myśl, jaka pojawia mi się w głowie to: „Czy zdołam tu jeszcze wrócić?”. Zastanawiasz się nad tymi, którzy zostali, najbliższych, dzieciach. Kiedy jesteś na lotnisku w Nowej Zelandii, widzisz rdzennych mieszkańców wyspy, którzy śpiewają w swoim języku pieśń pożegnania tym, którzy odlatują, i pieśń powitania tym, którzy wracają. Nie raz zdarzało mi się, że opuszczając Nową Zelandię, dostawałem ataków paniki. Bałem się, że więcej nie zobaczę dzieci. Taki wyjazd oznacza dla mnie wielką zmianę. W pewnym sensie mówi o tym kawałek „In Cythera” i tego dotyczą linki, które zamieściłem pod tekstem. Jest w nich strata, żal, smutek. Uczucia, które towarzyszą mi, gdy opuszczam Nową Zelandię.
Kiedy przylatuję do Genewy, pierwsze co rzuca mi się w oczy to Alpy. Wtedy sobie myślę: „Oto neutralny kraj, do którego można uciec”. To ważne miejsce dla całego zespołu. Na początku lat 80., gdy wydawało nam się, że wkrótce wybuchnie wojna nuklearna, lataliśmy tam co piątek po południu. Tam nie było czuć takiego ciśnienia, zniewolenia, które było w Anglii i wielu innych miejscach na świecie. Kiedy Paul Raven (były basista Killing Joke, zmarły w 2007 roku – red.) starał się uciec od różnych rzeczy w swoim życiu, na krótko przed swoją przedwczesną śmiercią poleciał właśnie do Szwajcarii. To mówi wiele o tym, jaki jest ten kraj i utwierdza mnie w moich poglądach o nim. Choć mam jeszcze inną perspektywę, która wiąże się z tym, że moja najstarsza córka mieszka w Szwajcarii.
No i jest jeszcze Praga… Gdybyś cofnął się w czasie do początków lat 80. XX wieku i przyjrzał się rockowym klubom w Europie, wszędzie zobaczyłbyś kolesi palących jointy i czuł jedność, wręcz braterstwo. Taki klimat mają dziś rockowe kluby w Pradze (śmiech). Kocham to miejsce. Za każdym razem, gdy mnie tam zaniesie, całuję ziemię.
Jako artysta jesteś obywatelem świata, on jest twoim domem. A jako człowiek, gdzie czujesz się najszczęśliwszy, gdzie jest twój dom? W Nowej Zelandii z rodziną? Czy też miejsce nie ma znaczenia, dopóki są przy tobie osoby, które kochasz?
Hmmm… To nie jest łatwe pytanie. Od razu przychodzą mi na myśl moje córki. Najmłodsza ma 21 lat, średnia 25, a najstarsza 28. Kiedyś jadałem z nimi obiadki, pozwalałem, żeby kradły mi drobniaki. Dziś jedna mieszka, jak mówiłem, w Szwajcarii, dwie w Nowej Zelandii. Ale pomijając to. Chyba za żadnym miejscem nie tęsknię tak, jak za Pragą. Słowo „bohema” na pewno jest ci doskonale znane. Ono znaczy, mniej więcej, bycie wolnym. W Pradze tak się czuję, bo tam zawsze panowała tolerancja dla różnych tradycji, religii. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić świata bez Pragi. Tak samo, jak nie wyobrażam sobie świata bez Killing Joke. Wiem, że czasami doprowadzam Geordiego, Youtha i Big Paula do szaleństwa. Lecz nie potrafię wyobrazić sobie, że na świecie nie ma tych fantastycznych artystów.
Są dwa miejsca na świecie, które miały duży wpływ na twoje kształtowanie się jako artysty – Lipsk w Niemczech i Kair w Egipcie. Czego tam się nauczyłeś i jaką jeszcze wiedzę, oprócz muzycznej, posiadłeś będąc w tych dwóch krajach?
Gdy zacząłem się uczyć dyrygentury i orkiestracji, miałem niesamowite szczęście i zaszczyt pobierać nauki w Lipsku od Klausa Tennstedta. To był wielki, światowej sławy dyrygent pochodzący z NRD. Oczywiście szybko zorientował się, że moje próby w dziedzinie orkiestracji są bardzo, bardzo prymitywne (śmiech). Znaczyło dla nie ogromnie wiele, że człowiek o takim autorytecie dał mi tyle wiedzy i zachęcał mnie do nauki oraz pracy nad sobą. A co dał mi Lipsk i ogólnie Europa Wschodnia, a czego nie dostałem nigdzie indziej? Zawsze chciałem rozwijać romantyczną ideę wiecznej melodii, która w naszych czasach została zarzucona na rzecz 12-tonowych skal i bzdurnych kompozycji, tworzonych na przykład przez zapewne znanego ci dobrze Pendereckiego. Będąc tam wtedy, mogłem wspaniale rozwinąć swoje umiejętności harmoniczne i melodyczne. Ale i tak, gdy w obecnych czasach zjawiam się w szkole muzycznej w Anglii czy Nowej Zelandii, traktują mnie jak nienormalnego, bo nie stosuję współczesnych koncepcji harmonicznych opartych na 12-tonowych skalach.
W Egipcie znalazłem się również z tego powodu, że mam wielkie zamiłowanie do antyczności tego kraju. Ale najwspanialsze, co mnie tam spotkało, to cudowni ludzie i gościnność, z jaką nie spotkałem się nigdzie indziej. Wiele różnych rzeczy mówi się o ludziach z krajów arabskich. Lecz mnie z ich strony spotkały wyłącznie uprzejmość i gościnność. Byli tak chętni, by dzielić się ze mną wiedzą o swojej muzyce, tradycją improwizowania. Jestem szczęściarzem, że miałem okazję tam być.
Jeszcze w nawiązaniu do moich orkiestrowych poczynań dodam, że mogłem je rozwijać dzięki tym niewielkim pieniądzom, które zarobiłem z Killing Joke. To one spowodowały, że mogłem rozwijać się jako kompozytor. Jak widzisz, na końcu wychodzi, że wszystko zawdzięczam Killing Joke. To dla mnie coś więcej niż rodzina. Aż po dziś dzień.
Wszyscy muzycy Killing Joke złożyli w książeczce hołd swoim ojcom. Parę minut temu wspomniałeś o swoim tacie. Jak go wspominasz? Co mu zawdzięczasz?
Dopiero dziś zdaję sobie sprawę z tego, że ojciec, a także moja mama, byli dość rewolucyjni w swoim podejściu do wychowywania dzieci. Oboje byli nauczycielami, ateistami i oboje zachęcali mnie do tego, abym podążał za swoimi pasjami i zainteresowaniami. Pamiętam ten dzień, w którym powiedziałem ojcu: „Jadę do Londynu założyć zespół”. Powiedział: „Powodzenia! Życzę ci wszystkiego najlepszego”. Nigdy nie starał się mnie od tego odwieść. Kiedy byłem nastolatkiem, miałem mniej niż 16 lat, miewałem kłopoty z prawem. Ale nigdy nie dostałem od niego żadnej reprymendy. Odbierał mnie z sądu, zawoził do domu i nie słyszałem ani słowa krytyki. Pozwalał mi popełniać błędy.
Wspierał cię, abyś był indywidualistą.
Zdecydowanie. Pokładał też wielką wiarę w państwowe szkolnictwo. Uważał, że jeśli jesteś dobry, zajdziesz daleko bez względu na to, jaką szkołę skończyłeś. Moja mama chciała, abym korzystał ze stypendiów muzycznych oferowanych przez wielkie, prywatne szkoły. Lecz ojciec nigdy nie pozwalał mi na coś takiego.
W 2011 roku Killing Joke odebrał kilka nagród, a jedną z nich była za całokształt twórczości od magazynu „Classic Rock”, którą wręczył wam sam Jimmy Page. Co czułeś, gdy tak wielka postać świata muzyki wręczała ci nagrodę?
Uważam Jimmy’ego za swojego przyjaciela. Mamy podobne zainteresowania. Pamiętam, że Jimmy pozwalał mi korzystać ze swojej potężnej biblioteki. To było dla nas niesamowite przeżycie, bo Jimmy generalnie unika tego typu ceremonii. Dla nas zrobił wyjątek. Wspaniały wieczór, nigdy go nie zapomnimy. Choć osobiście staram się za wiele nie myśleć o tego typu wydarzeniach, nie przywiązywać do nich zbyt wielkiej wagi. Coś takiego może za bardzo podziałać na ego, nieprawdaż?
Zagrałeś pamiętną rolę w filmie „Rok diabła” Petra Zelenki. Dlaczego później nie pojawiałeś się w filmach? Nie było interesujących propozycji, czy też wolałeś skupić się na muzyce?
To nie do końca tak. Ja po prostu czekam na właściwe okazje. Po roli w „Roku diabła” powiedziałem sobie, że jeśli podobne zasady zostaną zastosowane do innej produkcji, tylko oczywiście zamiast czeskiego zespołu folkowego będzie ktoś inny, wejdę w to i na pewno będzie to kolejny mój filmowy sukces. Mówiąc o kimś innym, miałem na myśli osoby, które były w jakiś sposób związane z Killing Joke, jak Dave Grohl albo wspomniany już Jimmy Page. I wiesz co? Udało mi się tego dokonać (śmiech). Projekt nosi tytuł „The Death And Resurrection Show” i według mojej wiedzy, ma być pokazany na festiwalu w Cannes. Tak więc bądź czujny! (śmiech)
Wspaniała wiadomość!
Widziałem już całość i jest to niesamowite. Przypomina trochę „Rok diabła” w tym sensie, że nie ma w nim żadnego aktorstwa.
Wracając do kwestii społecznych i środowiskowych, bo wiem, że one też bardzo cię interesują. Nie masz wrażenia, że w XXI wieku jakby mniej mówiło się o ochronie środowiska naturalnego? W latach 80. i 90. często słyszało się o efekcie cieplarnianym, lasach deszczowych. Czemu dziś stosunkowo niewiele się dzieje w tych sprawach?
Jestem rozczarowany tym, co obecnie dzieje się z ludźmi. Większość z nich nie ma w sobie ducha buntownika i wojownika. Są zbytnio pochłonięci sobą, zamykają się w swoim małym światku, w którym towarzyszą im komputery, iPhone’y i telefony. Mają w d***e to, co dzieje się ze środowiskiem naturalnym. Zauważ, że po katastrofie w Fukushimie nastąpiło, i trwa!, skażanie radioaktywne wód Pacyfiku w stronę Ameryki. I jakoś nikt nie podnosi alarmu. Nikt nie stara się tego dostrzec! Czy coś więcej muszę dodawać? To oczywiście jest zaledwie wierzchołek góry lodowej. Trzeba patrzeć w szerszej perspektywie, nie tylko jednego wydarzenia. Lecz wszyscy zdają się być pasywni. Niczym owieczki prowadzone na rzeź.
W tekście „FEMA Camp” nawiązujesz do ruchu Occupy Wall Street. Protesty, jak się okazało, nic nie dały. Sądzisz, że w przewidywalnej przyszłości może narodzić się podobny ruch i w końcu coś zmienić w życiu tych, którzy walczą o godną egzystencję?
Wiesz co? Cały ten ruch przypominał mi trochę opadniętego fiuta. Idea jest owszem fajna, lecz nie było tam tego niezbędnego buntowniczego elementu. Tak więc nic nie mogło z tego wyniknąć i nie wyniknęło. Jestem bardzo rozczarowany. Killing Joke na dwóch ostatnich płytach podniósł wiele poważnych kwestii dotyczących świata, w którym żyjemy. Ale zrobiliśmy to tylko my, kilku facetów po pięćdziesiątce. Nikt inny.
Wróćmy do muzyki. Podobno przygotowujesz również utwór z orkiestrą?
Tak. To będzie potężne przedsięwzięcie. Śpiewy będą w różnych językach, będzie pełna orkiestra i chór. To naprawdę ambitny projekt. W treści będzie dużo o czasach, w których sumienie trwa po śmierci, o ingerencji cywilizacji pozaziemskiej, o tym, że to, co uznawaliśmy za prawdę, okazało się fałszem. Ogrom zadania powoduje, że praca nad nim zabiera mi sporo czasu. Ale mam nadzieję, że niebawem wszystko będzie gotowe i być może uda mi się to nagrać jeszcze w 2012 roku.
Killing Joke jest inspiracją dla mnóstwa zespołów. A czy ty starasz się słuchać i szukać młodych, ciekawych artystów?
Nie, absolutnie nie. Nie dostrzegam w nich niczego buntowniczego, niczego nowatorskiego i jestem z tego powodu bardzo zawiedziony. W nowych zespołach słyszę jedynie to, że starają się naśladować stare zespoły. Nie proponują niczego nowego.
Bardzo ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu. Ludzkość czeka wielka zmiana
Malleus Rock Art Lab to studio graficzne ściśle związane z muzyczną sceną jaką prezentuje Asymmetry. Grupa artystów, która składa się m.in. z muzyków dobrze znanego polskiej publiczności zespołu Ufomammut, tworzą dla takich wydarzeń jak Roadburn Festival czy Hellfest. Grafiki ich autorstwa, od 2010 roku, reklamują także Asymmetry Festival.
Projekty włoskich grafików wyjątkowo pasują do programu festiwalu będącego mieszanką gatunków – alternatywy, elektroniki, rapu i ciężkich brzmień.
W sieci: www.malleusdelic.com
Gatunek: drum’n'bass
Czołowy dj poznańskiej sceny d’n’b. Współtwórca formacji Yellow Label, zajmujacej się promocja ciężkiego brzmienia na terenie kraju. Dotychczas grał u boku takich artystów jak: Andy C, Current Value, Forbidden Society, Cooh, Logistics, a to jedynie skrawek listy.
W sieci: www.myspace.com/moptron
Gatunek: drum’n'bass
Peter Kurten, to jeden z najznakomitszych producentów i dj-ów europejskiej sceny drum’n’bass. Jest muzykiem rozpoznawalnym i charakterystycznym, zaś jego numery są jedyne w swoim rodzaju. Ten wszechstronnie uzdolniony artysta, w sposób śmiały łączy gitarowe riffy z elektroniczną tanecznością, ciężkim basem oraz szczyptą szaleństwa. Wynikiem tego jest mieszanka wybuchowa, zawierająca w sobie elementy wielu gatunków: d’n’b, hardcore i metalu. Występy djskie Kurtena, porywają publiczność do tańca, zapewniając niezapomniane przeżycia i emocje. Belgijski producent, na swoim koncie posiada współpracę z takimi wytwórniami, jak Genosha175, Union, Indepedenza, Mindsaw i Black Hoe. Jest także właścicielem własnej – Evil BEats.
W sieci: www.myspace.com/peterkurten666
Gatunek: breakcore
Solowy projekt wrocławskiego artysty, znanego między innymi z projektów DDekombinacja, Korporatia czy Kombinat. Muzyka przez niego wykonywana, to pokręcony zarówno rytmicznie jak i tematycznie breackore.
W sieci: www.myspace.com/rekombinacja | www.soundcloud.com/rakombinacje
Gatunek: drum’n'bass, elektronika
Szef PRSPCT Recordings, które z powodzeniem prowadzi od 5 lat. Pod szyldem wytwórni organizuje także imprezy muzyczne, w trakcie których często stoi za konsoletą DJ, remixując swoich podopiecznych artystów. Znany z bezkompromisowych setów.
W sieci: www.myspace.com/gary_white
Członek kolektywu Free Mind Section, współtworzy Stowarzyszenie Impulse of Tunes, działa również z Killa Beatz Crew. Jego wizualizacje wzbogacają Asymmetry Festival Before Party z udziałem Petera Kurtena.
Gatunek: spoken word, rap
Ten urodzony w 1983 w Elblągu, a obecnie mieszkający w Warszawie artysta, z całą pewnością nie może narzekać na brak wszechstronności: jest slamerem, raperem, poetą i w końcu organizatorem imprez performance poetry m.in. festiwalu Spoke’N'Word. Od 2003 roku prezentuje swoje utwory spoken word na scenach Polski i całego Świata (Niemcy, Czechy, Holandia, Wielka Brytania, Węgry, Francja, Hiszpania, Ukraina, Chiny, Japonia). Jako Kidd wydał 8 płyt pod szyldem skwer.org – współtworząc takie projekty muzyczne jak ddekombinacja, Międzymiastowa, Osete. Grał koncerty i prezentował swoją twórczość spoken word przed tak cenionymi w gatunku nazwami jak: Dälek, Mouse on The Keys, czy też Beans (Anti-Pop Consortium).
W sieci: www.wojtekidd.org